Akademia Sztuk Paskudnych

Zacznijmy od tego krótkiego filmu Paula Josepha Watsona:

Dotyczy on architektury, która jest uznawana często za matkę wszelkiej sztuki. Obejrzałem w tej kwestii również dokument z udziałem Rogera Scrutona, którego fragmenty można zobaczyć na zalinkowanym wyżej filmie. Wypowiada on tam takie znamienne słowa: Jeśli bierzesz pod uwagę tylko użyteczność, wszystko co stworzysz stanie się wkrótce bezużyteczne. Słowa te pojawiają się w kontekście współczesnej architektury i zauważalnej w niej brzydoty płynącej z modernistycznych prądów. Brzydoty, która ma swoje korzenie w ograniczaniu przeznaczenia architektury li tylko do utylitaryzmu. Owa destrukcja dokonała się również w malarstwie. Początek dla obu tych zmian mógł mieć podobne podłoże – bunt wobec zastanego statusu quo.

Na czym polega owa destrukcja w sztuce? Mówiąc wprost: na rezygnacji z piękna. Z piękna jako obiektywnej wartości i wartości nieutylitarnej, które dla buntowników stało się obrazem nieprzekraczalnej granicy. Odnalezienie zaś tabu oznaczać będzie dzisiaj tylko jedno – przejście przez granicę.

Jednakże z jakiegoś powodu człowiek nadal posiada ową tęsknotę za pięknem i chociaż została ona zdradzona we współczesnej sztuce, wydaje się wypływać w innych dziedzinach. Ks. Michał Heller argumentuje, iż stracone w sztuce piękno wypływa w naukach ścisłych, w których harmonia, regularność i kunszt odżywa na niespotykanej dotychczas głębi. Pewien artysta designer dodał również pewną własną intuicję dotyczącą kunsztu – doświadczenie pięknego obrazu może nas zainspirować, tzn. doświadczenie mistrzostwa jest również doświadczeniem pracy i miłości, którą artysta włożył we własne dzieło. Taka epifania kunsztu samego artysty może nas zmotywować, aby samemu tworzyć własne dzieła. Wydaje się być to spójne z myślą Hellera i z faktem, iż współczesne nauki ścisłe są, mówiąc banalnie, trudne. Tymczasem we współczesnej sztuce doszło do zerwania z tym paradygmatem – porzucono nie tylko piękno, ale również do granic absurdu skoncentrowano się na auto-ekspresji, porzucając tym samym obiektywny obraz piękna i paradoksalnie sens sztuki.

Pierwsze doświadczenia w tym nurcie nie musiały być aż tak zauważalne. W szczególności dla nas – dzisiejszych obserwatorów sztuki. Gdy patrzymy na dzieła Picassa, Muncha czy Matisse nie zobaczymy radykalizmu, który był widoczny dla im współczesnych. Jednak nawet oni, choć kierowali się daleko idącym indywidualizmem, nie mogli całkowicie oderwać się od swoich klasycznie warsztatowych korzeni. Picasso był genialnym dzieckiem, Matisse uczył się pod okiem Gustava Moreau, Salvator Dali hołdował sztuce klasycznej. Dopiero Duchamp jawnie zakpił sobie z pojęcia piękna i stworzył to, co dzisiaj jest najchętniej naśladowane – posuniętą do granic absurdu ekspresję połączoną z chęcią szokowania. Efektem stała się apoteoza nicości, którą widać coraz wyraźniej w dziełach współczesnych – pustą ścianę z kartką wskazującą na to, że może tutaj być jakieś nudne dzieło abstrakcyjne; płótno zamalowane jedną barwą; przedmioty codziennego użytku ułożone w określonym kontekście (który rozumie „artysta”); odchody w puszce itp. Owa apoteoza potrafi posunąć się jeszcze dalej na tej zasadzie, iż nie tworzy nawet dzieł, ale dziełem nazywa destrukcję tego, co jest, jak na przykładzie umoczonego w urynie krzyża Chrystusa czy skoku z wysokiego budynku na białe płótno w akcie samobójczej „ekspresji”. Wydaje się, że nic tak w oczywisty sposób nie demaskuje pragnienia destrukcji współczesnego człowieka jak sztuka.

Mógłbym powiedzieć, za prof. Ks. Tadeuszem Guzem, że jest to spuścizna nurtów filozoficznych wywodzących się z marksizmu – postmodernizmu, teorii krytycznej i innych. Wydaje się to jednak być jakby wewnętrzną tendencją współczesnego świata zachodniego, który z jakąś zapamiętałą wściekłością, żalem i bólem stacza się wprost w niebyt. Świata, który pragnie być podbitym, zniszczonym i pokonanym. Świata który ma żal do swoich przodków o to, że w ogóle dalej istnieje. Nie sposób dojść do innych wniosków, gdy widzi się jak to, co jest oddawane jest za to, czego nie ma lub co wręcz prowadzi do anihilacji – miliony dolarów za paskudztwo, którego normalny człowiek nie przyjąłby za darmo. Czyżby jest to pragnieniem uniwersalnego psychopaty zobaczyć świat, który płonie?

Przyszłość jednak napawa optymizmem, wbrew pozorom. Klasyczna sztuka odradza się tam, gdzie ciężko byłoby jej się spodziewać – w filmie, w grach komputerowych. Tam, gdzie twórcom zależy jeszcze na odbiorcy. Tam, gdzie twórcy jeszcze nie plują w twarz widza. Tak bojący się „mowy nienawiści” i emocjonalnych rozstrojów współcześni płacą, za to aby poczuć owe rozstroje. Paradoks czy też może wszelka sztuka dzisiaj należy do gatunku horroru? Gdzie płaci się za to, aby doświadczyć ostatecznego upadku. Ale przynajmniej takiego, który mam pod kontrolą; czy też takiego, który wybieram sam, choć wiedząc do czego prowadzi.

Randka z psychopatką cz. 2.

Jest taki kawałek zespołu metalowego Megadeth „The Scorpion”, który przyszedł mi na myśl odnośnie osobowości psychopatycznej. Idą tam takie słowa:

My self I’m centered in
There’s nothing else, there’s never been
And I dream, to be left alone
With the sadness, the madness of my own
Look deep into my soul
It’s black as coal like a bullet hole

Tłumacząc:

Na sobie jestem skoncentrowany
Nic innego nie ma, nigdy nie było
I marzę, aby być zostawiony samemu
Z własnym smutkiem i szaleństwem
Spójrz wgłąb mojej duszy
Czarnej jak węgiel, jak dziura po kuli

Cały utwór generalnie można odczytywać jako obraz psychopaty-skorpiona, w którego naturze jest polować na zwierzynę, ranić jadem i umieć przetrwać najgorsze warunki. W przypadku ludzkiego skorpiona jednak nie musimy zobaczyć odrażającego dla nas wyglądu, które idzie w parze z instynktami. Często wygląd nie będzie odstawał od reszty ludzi, a wręcz może przyciągać siłą feromonów, uwodzicielskim spojrzeniem lub pozbawionym wyrzutów sumienia słowem, które idealnie wpasowuje się w nasze własne pragnienia. Z tego też powodu psychopata lub narcyz może czerpać swoją racjonalizację dla ranienia ludzi – to ich własne pragnienia ich ranią, nie ja. Ja wyłącznie korzystam na tym braku umiejętności tajenia własnych emocji, które i tak są wymierzone przeciw mnie, które w innej sytuacji zraniłyby mnie. W głębi gdzieś tam sądzi, że wszyscy są jak on sam. Jednak nie wie, że chociaż większość ludzi faktycznie przy budowaniu relacji troszczy się o siebie, o tzw. własny dobrobyt, nie robi tego jednak kosztem innych, ale pragnie aby i oni czerpali z tego równie szczęścia.

Ten toksyczny obraz czasami może być bardziej subtelny w przypadku utajonego narcyza lub psychopaty, który żyje w przekonaniu że jest taki jak inni. W środku ma pustkę, porusza go wyłącznie własna egzystencja i własne pragnienia, a jednak będzie oszukiwał się co do tego, iż funkcjonuje i czuje tak jak reszta. Jak sądzę tak było w przypadku opisywanej tutaj osoby, której naczelnym defektem był brak czucia, brak emocji, wycofanie, brak przywiązania i ogólny chłód. Dla takiej osoby czy żyjesz czy, mówiąc ostro, zdychasz nie ma to większego znaczenia. Może co najwyżej patrzeć i zastanawiać się czy powinna w tej chwili cokolwiek czuć czy też nie. Jeśli nie stanowisz dla takiego charakteropaty potrzebnego źródła tzw. narcystycznego zasobu (z ang. narcissistic supply) brak twojej obecności będzie znaczył dla niej tyle, co brak muchy, która przed chwilą przeleciała koło jej głowy. Nie musi ona w żaden inny sposób próbować cię zranić. Może próbować to zrobić w momencie gdy, stanowiąc dla niej jakiś ważny sposób zaspokajania, odetniesz ten narcystyczny zasób. W przeciwnym wypadku jesteś tylko mrówką, która co najwyżej może zmusić do podrapania się w odpowiednim miejscu.

Osoba o której mówię zaczęła czerpać swój narcystyczny zasób od innej osoby, która mogła mieć podobny charakter do niej samej. Mężczyzna. który bez specjalnego zlitowania odciął ten zasób jest na ustach bohaterki wpisu, po wielu miesiącach, do dziś i wystarczy napomnieć że są to słowa pełne zawziętości, goryczy i chęci zemsty. Mimo że proponowałem tej osobie modlić się za sprawcę swojego nieszczęścia mówiła ona bez ogródek, że nie chce tego robić – nie chce dobra tej osoby, wolałaby aby cierpiała. Dodawała przy tym, iż wie że nie kochała samej osoby, ale najbardziej ubódł ją sposób z jakim ją potraktował ów mężczyzna. W narcystycznym myśleniu nie pamiętała, że sama robiła podobne rzeczy mężczyznom – odrzucając wielokrotnie ich zaloty po tym, gdy już przyszło im się jakoś związać. Nie potrafię powiedzieć jak często to robiła, ale sądząc po liczbie lat, które spędziła na wspomnianym portalu randkowym, wzmiankach w wiadomościach, rozmowach oraz po fakcie, iż w dalszym ciągu była sama, można wnioskować iż było tych osób bardzo dużo. Gdy kończyłem znajomość widziałem już kolejną ofiarę na jej horyzoncie… Miałem okazję go ostrzec, choć wiem że nie posłuchał. W tym szkopuł – mężczyzna jako zdobywca i dodatkowo mężczyzna uposażony marnym obrazem siebie będzie wypruwał z siebie flaki, aby zadowolić emocjonalnego predatora, którego pustki nic nie jest w stanie zaspokoić. Jego udziałem będzie odejście w goryczy i przekonaniu, iż nie zrobił wszystkiego, co można zrobić – zarzucając sobie, iż nie jest dość dobry. Na nieszczęście takich najczęściej owa kobieta przyciągała, gdyż pewnymi siebie samcami alfa pogardzała w swoim, jak pewnie o sobie myślała, wyrafinowanym guście i pragnieniu „prawdziwej miłości”. Być może widziała w nich odbicie siebie samej; być może widziała, iż z tego źródła czerpać nie będzie w stanie. Psychopata i/lub narcyz nie będzie wybierał kogoś, kto nie podda się jego kontroli. Szuka ofiary podatne na swój wpływ.

Moja korespondencja z rzeczoną niewiastą trwała jeszcze przez kilka miesięcy i zaproponowałem jej wspólne wyjście na film w swoim mieście. Wtedy też mieliśmy okazję zobaczyć się po raz ostatni – choć dopiero drugi (nie ze względu na mój brak chęci na takowe spotkania). Chociaż w głowie kołowało mi się jaki ruch powinienem wykonać, aby przyciągnąć jej osobę do siebie fizycznie, to jednak nie zdobyłem się na żaden przy spotkaniu. Znów wydało mi się ono tak pozbawione emocji – raz kolejny stanęła przede mną osoba, z którą rozmawiałem jak z call center. Niby rozmowy o życiu, ideach i przeżyciach, a jednak pozbawione jakiejkolwiek łączności. Znów tematy moje, które przyprawiały ją błyskawicznie o ziewanie i mowa ciała, która kazała mi trzymać się z dala. Choć może jej postawa nie wyrażała niechęci, lęku czy odrazy to jednak kazała mi stać w miejscu. Nie było zaproszenia, nie było braku zaproszenia – była pustka, nuda, beznamiętność.

Raz kolejny spostrzegłem też, iż do czynienia mam z osobą, która najwyraźniej ma zawyżony ogląd co do swojej aparycji. Powtarzała to kilkukrotnie w słowach jej koleżanki, która miała mówić – Stefania (dajmy na to) jesteś bardzo atrakcyjna, więc powinnaś uważać na siebie, bo zawsze będą wokół ciebie kręcili się mężczyźni. Na usta cisnęła mi się wówczas delikatna ironia. Nie wiem co jednak wówczas mówiłem – przypuszczam, że potwierdzałem. Nie ulegało wątpliwości, iż była ładna – dość zgrabna, z prostymi nogami. Dalekim byłem jednak o stwierdzeniu o rzekomym pięknie. I tym razem ubrana była bez większego gustu w byle jaką kurtecinę, ze spiętymi włosami, w jeansowe spodnie i lekką koszulkę, która odsłaniała jej szerokie chuderlawe ramiona i bardzo małe piersi. Na tych ramionach głowa wydawała się dziwnie mała, czoło zbyt niskie, a usta jeszcze bardziej ruchliwe.

Dostrzegłem także niewielkie poczucie humoru, czy też brak skłonności do śmiechu – śmiała się w sposób krótki, urywany, przypominający westchnienie bardziej niż śmiech, jakby w odpowiedzi na rolę, którą teraz właśnie należało zagrać. Twarz jej przybierała wówczas inny wyraz – mięśnie naginały się jakby w wyćwiczonej, ale nie nawykłej pozie. Wypite w większej ilości wino nie rozwinęło u niej tej umiejętności, a raczej przyspieszyło szybkość mowy i ilość słów wyrzucanych na minutę. Gadułą była bowiem wyjątkową i namiętną – nie muszę dodawać w jakim departamencie. Bo całym tym kilkugodzinnym spotkaniu zadawałem sobie pytanie czy byłbym znów w stanie wytrzymać taką ilość gadki w tak niewielkim czasie. Głowa autentycznie mnie bolała i byłem wyczerpany, wręcz strapiony.

Nasza znajomość kontynuowała się jeszcze chwilę przez portale społecznościowe. W jednym momencie odkryłem swoje karty i powiedziałem jej, że chciałbym się z nią związać. Chociaż nie byłem zachwycony tym co dotychczas widziałem powziąłem postanowienie, iż do związku wystarczy mi pragnienie budowania relacji, konkretny plan i więź z drugą osobą. Przywitała ową propozycję bez zdziwienia, jakby wyćwiczona w podobnych wyznaniach. Nie odpowiedziała jednak ani twierdząco, ani przecząco. Powiedziałem jej również o swoich pragnieniu fizyczności z nią co, ku mojemu zdziwieniu, przywitała jako komplement. Dotyczyło to bardziej wyobrażeń jej samej niż faktycznie jej osoby, która w chwili spotkania wydawała się aseksualna. Próbowałem jednak przemóc ową niechęć czy też oschłość, którą otoczona była relacja. Próbowałem dodać jakiś ogień. Niczego w ten sposób nie wskórałem. Początkowy chłód kobiety pozostał mimo wypowiedzianych słów, czasu razem spędzonego i osobistego spotkania.

Istnieją pewnie takie momenty w związku, gdy w swojej niedojrzałości albo może pragnieniu dowodu przywiązania czy tęsknoty, robisz rzeczy które każą ci poczekać na ruch drugiej strony. Często możesz się wstydzić owych momentów, gdy wychodzi na jaw twoje przywiązanie. Jest to moment odsłonięcia. Chociaż moje przywiązanie nauczone wcześniejszymi doświadczeniami nie było tak wielkie, to jednak nadal domagało się dowodów. Przyszło mimowolnie okazja do sprawdzenia tego przywiązania, zupełnie naturalnie. Wówczas doświadczyłem po raz ostatni owego mrozu, który widziałem przecież już wcześniej, a który był głęboko ukrytym wspomnieniem. Z pewnością podstawy owego doświadczenia u mężczyzny i kobiety będą inne. Nie będę pisał poezji na temat tego jak to wyglądało u mnie – bo chyba w słowach poetyckich jedynie da się to dosadnie wyrazić. Powiem jednak, iż doświadczenie miało w sobie mieszankę strachu, niedowierzania, rozczarowania i gdzieś tam na czubku języka – mistycznej trwogi. Z jasnością dotarło do mnie, iż dla osoby po przeciwnej stronie nie znaczę kompletnie nic. Nie w znaczeniu nienawiści, która jest przecież jakimś indykatorem relacji, ale pełnej obojętności, która nie pragnie z twojej strony nic – abyś kochał, abyś nienawidził, abyś nawet istniał. Możesz być, a możesz w tej jednej chwili zniknąć. Zastanawiasz się czy w piekle nie jest lepiej między potępionymi. Być może jednak esencją prawdziwej nienawiści jest to właśnie – pragnienie unicestwienia. Jednak czy nawet owo pragnienie unicestwienia nie ma w sobie jakiegoś pozytywnego motoru – choćby motywacji ku unicestwieniu? Jest to jednak jakaś motywacja. W tej relacji nie dostrzegłem nawet pragnienia ku temu. Prawdziwa próżnia odczuwalna jedynie dlatego, iż tam gdzie coś powinno być dostrzegasz zupełny brak. Dla mnie jako mężczyzny dodatkowy dyshonor i upokorzenie stanowił fakt, iż odsłoniwszy się z zamiarami i staraniami, swoimi talentami i wartościami, zostałem potraktowany z taką obojętnością. Stanąłem do walki, do zdobycia, do wyścigu na którego mecie stała relacja z kobietą. Na końcu okazało się, że nie zmieściłem się nawet w klasyfikacji. Że przecież nic nie miało miejsca. Powiedziałbym, że największym jest strach przed niebytem. W oczach niektórych przestajesz istnieć.

Odraza jaką przejęło mnie to doświadczenie wprawiły mnie też w złość wielką i napisałem owej osobie straszne, w swoim mniemaniu, słowa i powiedziałem, że nie chcę jej więcej widzieć w swoim życiu. Zablokowałem także wszelkie środki przekazu informacji czując poniekąd ulgę, poniekąd strach, że moja własna pustka poczucia męskości każe mi dalej podążać za karkołomnym celem. Do tego czasu udało mi się trzymać tego z nadzieją, iż sama osoba uznała moje słowa za wystarczająco dosadne, aby nie wchodzić ponownie w relację. Choć miałem dwukrotnie chwile słabości, gdy raz – napisałem z niejakimi przeprosinami za swoje słowa (z obawy, że mogą doprowadzić do silnego zranienia ową osobę), ale zastrzegając że nie chcę kontynuować kontaktu, dwa – gdy spojrzałem na ostatni wpis blogu owej osoby. To, co na nim ujrzałem utrzymało mnie mrocznym w przekonaniu.

Niedowierzanie człowiecze w to, co widzisz przed sobą, może zanieść ciebie w głęboką norę. Nadal wydaje się to dla mnie jakąś dziwną iluzją, jakby nie miało miejsca, jakby stanowiło jakiś dziwny tylko epizod. Nie pozostało po nim wiele i ów psychopatyczny czy narcystyczny osobnik nie dokonał większej ruiny niż zwykle. Spotykałem się z niechęcią ze strony kobiet, z drażliwością czy przewrażliwieniem, apodyktycznością czy nawet ewidentną pogardą. Dwukrotnie jednak byłem jak mysz, którą bawi się kot. W jednym przypadku, dużo dla mnie boleśniejszym, wykorzystywany z sadystyczną satysfakcją i bezwstydem. W tym drugim z obojętnością skały, której nie przełamie nic, nie przesunie nic, nie zaspokoi nic. Doświadczenie kobiety oschłej, pogardliwej lub aroganckiej wobec ciebie może być bolesne, ale będzie trwało krótko, bowiem najczęściej owa kobieta sama pełna rezerwy i lęku nie ma w sobie tyle bezwzględności, aby ukrywać swoje emocje. Nie będzie też dzięki temu wodziła cię za nos i karmiła się niedopowiedzeniem, które jest w tobie, korzystając przy tym z wszystkiego co masz jej do zaoferowania. Tyle chociaż w tym uczciwości, a może nawet jest to oczywista cena, którą musisz zapłacić jako „tani” towar w ekonomii seksualnej, którą z zastygłym smutkiem nakreślił w swoich książkach M. Houellebecq.

Na koniec muszę przypomnieć słowa, iż nie wiem czy klinicznie rzecz biorąc omawiana tutaj osoba jest psychopatą czy narcyzem. Wiele wskazuje, że tak właśnie jest, choć niewykluczone że jej charakteropatia podpada pod inną klasyfikację, np. osobowości schizoidalnej. Nie chcę również powiedzieć, iż zarówno ta osoba, jak i jakikolwiek psychopata jest koniecznie osobą złą w sensie moralnym. Jako wierzący katolik, uznając że charakteropatia może być związana ze zmianami organicznymi w mózgu, sądzę że mimo swoich deficytów i przy świadomości swojego stanu taka osoba może czynić dobro i być dobrą, jeśli tak sobie postanowi. Przykładowo psychopata może mieć wielką łatwość i przyjemność w zadawaniu bólu konkretnej osobie bez poczucia winy. Mając jednak świadomość tego i wzbraniając się przed robieniem tego, a robiąc coś wprost przeciwnego, może być człowiekiem uznanym za dobrego – choć to, co robi jest jakby wbrew sobie. Miłość także jest tym dobrym czynem robionym z intencją dokonania dobra, nawet wbrew sobie, tj. wbrew choćby własnym emocjom. Podobnie jest z pewnością z opisywaną tutaj osobą, która (jak jestem przekonany) niejednokrotnie dowiodła owej zdolności do czynienia też tego, co jest słuszne. Zastygły jednak mechanizm psychologiczny z obniżonym poziomem empatii i więzi z drugą osobą może jej uniemożliwiać zrozumienie zła, które sama wyrządza. W jakimś więc sensie to ją usprawiedliwia. Ale jeśli nawet tak jest i można ową osobę usprawiedliwiać, to nadal wartością pozostaje bycie świadomym wobec jej własnych deficytów i konstatacja, iż być może czasem lepiej jest unikać kontaktu w zdrowym przeświadczeniu, że nie każde ciężary są na moje plecy.

Randka z psychopatką cz 1.

Nie jestem człowiekiem, który może pochwalić się rozwiniętym życiem towarzyskim – raczej nie mam powodzenia u płci przeciwnej i nie nalegam na to, aby je zwiększyć. Niemniej kłamstwem byłoby powiedzieć, że mi na tym nie zależy. Przypuszczam, że jest wprost przeciwnie i stąd moja rezerwa, ostrożność i nieśmiałość. Potrafię wkładać czasem maskę osoby pewnej i wygadanej, ale fakt faktem nie jestem w relacjach damsko-męskich ani doświadczony pozytywnie, ani naładowany entuzjazmem.

Można by o tym mówić sporo, ale nie będę teraz wnikał. Dodam jeszcze, że przy całym tym braku powodzenia, nieśmiałości i skłócenia z płcią przeciwną, mam artystyczne instynkty, które często prowadzą mój wzrok w stronę szczególnie atrakcyjnych kobiet. I chociaż może nadreprezentacja psychopatów wśród takich kobiet wcale nie musi być większa (nie znam żadnych oficjalnych statystyk), to niewątpliwie mój nad wyrost gust prowadzi mnie do jeszcze częstszych porażek i zaciekawionych spojrzeń ze strony kobiet, dla których jestem pewnie zabawnym zjawiskiem niezbyt atrakcyjnego delikwenta łechtającego ich próżność. Taka jest cena jaką przychodzi mi płacić za przeświadczenie, iż stać mnie na ferrari, kiedy tak naprawdę ledwo jestem w stanie kupić używanego opla.

Kobiety lubią dementować takie postrzeganie i często twierdzą, że nie należy się poddawać, próbować etc. To idzie w parze z ich wielką nienawiścią do generalizacji na ich temat – „nie wszystkie takie są!”. Nie będę się odnosił do tego, jakże irytująco banalnego argumentu. Niemniej przypuszczam, że też mówią tak ponieważ same lubią flirt, lubią być adorowane i podziwiane. Nawet jeśli robi to niski nieuk z wysokim czołem, chudą sylwetką i przedwczesnym łysieniem to przecież jest kolejnym numerkiem na liście fanów. Fani natomiast mogą się rekrutować spośród wszystkich – podobnie jak w przypadku gwiazd muzyki, dla których najdziwniejsi adoratorzy mogą wzbudzić największe zaciekawienie.

Drugą ceną którą podobny do mnie nieborak i miłośnik spełniania zachcianek kobiecych może zapłacić jest spotkanie z osobowością narcystyczną lub psychopatyczną. A chociaż wśród kobiet odsetek psychopatów ma być mniejszy to wierzajcie mi i wśród płci piękniejszej istnieją jednostki tak bezwzględne, zimne i egocentryczne, że spotkanie z nimi wzbudzi w każdym niedowierzanie gotowe wpędzić go w najgorszą sytuację życiową. Owo bowiem niedowierzanie stanie się czynnikiem napędzającym zapełnianie pustki takiej osoby, która zaiste jest bezdenna i niemożna do zapełnienia.

Sam muszę być w szczególności dobrym materiałem dla narcystycznego lub psychopatycznego pasożyta, bowiem niejednokrotnie badałem ofiarą tego samego osobnika więcej niż jeden raz. Zastanowisz się czytelniku  – jak to możliwe? Odpowiedź będzie się kryła po pierwsze w owym wspomnianym wcześniej niedowierzaniu, po drugie zaś w przekonaniu o własnej przewinie. Możesz być bowiem człowiecze usposobiony do tego, aby nosić winę za cały świat – to jedno. Drugie, że sam narcyz i psychopata jest nierzadko doskonałym manipulatorem oraz to, że nie sposób go zadowolić i wypełnić jego pustki. Równanie w którym naiwność i martyryzm ofiary łączą się z egocentryzmem i mrozem emocjonalnym psychopaty daje w efekcie ruinę emocjonalną (przynajmniej) w życiu ofiary. Dla mnie – dodatkowo podatnego na zranienia i przywiązanie – rachunek był tak ciężki, iż śmiem twierdzić, w jednym przypadku, ledwie uszedłem z życiem. Sam Bóg musiał mnie tutaj uratować.

Większości narcyz lub w szczególności psychopata musi kojarzyć się z czymś tak ekstremalnym, że wręcz ewidentnym i zauważalnym na pierwszy rzut oka. Termin psychopata przykładowo idzie zaraz w parze z Hannibalem Lecterem lub Tedem Bundy czy innym seryjnym mordercą. I choć owszem istnieją tacy i przypuszczalnie stanowią najbardziej niebezpieczny podgatunek wśród tych ludzkich drapieżników, to jednak nie stanowią nawet większości. Psychopata bowiem, podobnie jak narcyz, posiada często niebywałe wprost zdolności manipulacji, które pozwalają mu wtopić się w otoczenie i normalność tak, że jedynie w momencie ostatecznej ruiny idzie rozpoznać prawdę o nim. Jedną z pierwszym książek na ten temat – H. M. Cleckley – zatytułowano „The Mask of Sanity”, czyli maska normalności. Manipulacja przychodzi im dodatkowo tak łatwo z dwóch względów – sam psychopata/narcyz może nie zdawać sobie sprawy ze swojego stanu i wreszcie nawet jeśli zdaje sobie z tego sprawy może usprawiedliwiać to racjonalizacją w stylu – każdy taki jest i/lub każdy tak robi.

Osoba której bardziej bezpośrednio dotyczy ten wpis została szkicowo zdiagnozowana jako psychopatka przez mojego osobistego (powiedzmy) trenera psychologicznego. Nie jest więc pewne czy z klinicznego punktu widzenia jest ona psychopatą czy narcyzem czy nawet osobowością schizoidalną, jednak niewątpliwie zdradza wiele cech takich charakteropatii.

Przyszło mi poznać nieszczęśliwie ową osobę na jednym z portali randkowych dla ludzi wierzących (sic!). Oczywiście przyciągnęła mnie jej aparycja, ponieważ zdjęcia przedstawiały się nader ciekawie. Drugim zaskoczeniem było to jak szybko udało mi się wejść z ową osobą w osobisty kontakt – początkowo sądziłem, że jako tak atrakcyjna dziewczyna nie odezwie się do mnie. Już sam fakt, że zrobiła to, tj. odezwała się do mnie i z takim wręcz pracowitym entuzjazmem, powinien wzbudzić we mnie efekt alarmu. Inną rzeczą, na którą już wówczas winienem był spojrzeć były rozwlekłe wiadomości, które dotyczyły… główniej jej osoby. Nie przejmowałem się jednak tym, a wręcz uznałem to za swoistą nobilitację – pisała nie tylko długie i częste wiadomości (co brałem za oznakę zaciekawienia i zaangażowania), ale również często osobiste i bardzo koleżeńskie w znaczeniu swobody, potoczności i wyluzowania. Po kliku zaledwie wiadomościach poczułem się zaangażowany i miałem ochotę pisać tych wiadomości więcej, mimo że coraz bardziej widziałem iż nie dotyczą one w żadnym razie mojej osoby czy relacji ja-ona. I nie domagałem się tego i nadal, także w przekonaniu słuszności, zachęcałem ją do zwierzeń o sobie, faktycznie też zainteresowany jej osobą. W tych wiadomościach przejawiał się również jeden element – jej wzmianki o tym, że cieszy się zainteresowaniem mężczyzn, ale nie jest w stanie znaleźć tego właściwego. Naiwnie zakładałem, że owe rozwlekłe wiadomości są wyrazem tego, iż może we mnie znalazła wartościowego partnera. Nie wiedziałem jeszcze, że w jej życiu prawdopodobnie istnieli tacy, z którymi weszła w kontakt jeszcze głębiej (z ich strony), a którzy również nie spełnili jej wyfantazjowanego ideału. Pierwsze zderzenie z rzeczywistością przyszło w momencie, gdy zupełnie nagle jej wiadomości stały się bardziej lakoniczne. Aż wreszcie zaczęła odpisywać na moje z kilkudniowym opóźnieniem. Doświadczyłem wtedy tego niespodziewanego dla siebie rozczarowania i smutku i zniecierpliwienia, który sprawił że zacząłem myśleć o niej częściej czekając na wiadomość. Ból i smutek narastał. Dokładał się do tego, co i tak musiałem znosić w życiu codziennym.

Gdzieś tam wiedziony wcześniejszymi doświadczeniami i dotknięty romantycznym zauroczeniem postanowiłem zrobić coś radykalnego – zerwałem natychmiast i ostatecznie z nią kontakt usuwając konto z portalu. Zakończyłem pierwszy etap znajomości jeszcze przez wiele tygodni lecząc się z rozczarowania, często leżąc przed snem w cieniu i rozmyślając o niej, idealizując ją i kreśląc obraz w fantazji, który nigdy nie istniał. Gdzieś w tam w fantazji przewracała się tęsknota, za tym czego we własnym przekonaniu życie mi skąpiło. Kontrast między rzeczywistością i zapowiedzianym w relacji z dziewczyną wyobrażeniem potęgował mój ból. Musiało minąć trochę czasu nim zdołałem puścić wspomnienia.

Nie znałem widać możliwości własnej naiwności. Musiało minąć kilka miesięcy może nawet lat, a zainstalowałem na tym samym portalu znów swój profil i ku swojemu zdziwieniu dostrzegłem jej profil z nieco zmienionymi zdjęciami. Sądziłem że do tego czasu znajdzie już sobie kogoś, ale widać myliłem się. W przypływie emocji napisałem do niej kilka słów odnosząc się do tego, co napisała w swoim profilu i wyrzuciłem jej to, jak mnie potraktowała ostatnim razem. Napisała, że sama poczuła się jakby ktoś zatrzasnął jej drzwi przed nosem, a ja uwiedziony odrobinę tym wyrazem jakiegoś przywiązania (jak sądziłem do osoby), odpowiedziałem szczerze dlaczego postąpiłem tak, jak postąpiłem. Ona przyznała się do tego, że faktycznie znajomość przestała ją interesować. Weszła w niej w klasyczną dla siebie rutynę. W między czasie znów między nami zawiązała się znajomość i wymiana wiadomości. Okazała się ona tym razem bardziej stabilna i dłuższa, ale już ostrożniejszy i z większą rezerwą począłem dostrzegać wyraźniej egocentryzm dziewczyny. Wiadomości dotyczyły wyłącznie interesujących ją tematów, w ogromnej większości jej osoby oraz, na co tym razem zwróciłem większą uwagę dostrzegłem, iż nie ma w nich niemal w ogóle odniesienia do mnie – ani w formie pytania o moją osobę, ani nawet (w choćby jednej wiadomości) wymiany… mojego imienia. Nawet gdy zwróciłem jej na to uwagę – zapamiętała to – jej sposób komunikacji się nie zmienił. Odnosiłem wrażenie, że rozmawiam z maszyną, z kimś kompletnie odseparowanym, dla kogo stanowię jedynie przedmiot czy odbiornik komunikacji. Nigdy jej podmiot. Czułem się jak tłum osób, do którego przemawiała, a który nie może jej odpowiedzieć. Widziałem również wyraźniej samo faktyczne zamknięcie i chłód jej osoby – chociaż zdobywała się na osobiste zwierzenia to jednak czułem, że nie mają one nic wspólnego z chęcią odsłonięcia się przed kimś. Odsłonięcia, które często oznacza możliwość bycia zranionym. Tutaj nie można było o tym mówić nie dlatego, że kłamała i nie pokazywała czegoś prawdziwego o sobie, ale dlatego że odbiorcą tych wiadomości był ktoś, kto w jej percepcji tak naprawdę nie istniał i nie miał znaczenia. Był tylko pyłkiem, niebytem, rzeczą. Rzecz nie może cię zranić, chociaż rzecz może być do czegoś przydatna. Czasami nawet zapamiętamy rzeczy, które stanowią dla nas wartość. Dla niej nie stanowiłem nawet wartości rzeczy – o czym przekonałem się później.

Po 2 tygodniach komunikacji, gdy wypisałem z nią całe książki, chciałem zaprosić ją na kawę, spotkać się, aby poznać jej osobę. Odmówiła mi mówiąc, że nie wie w jakim kierunku to idzie. Byłem zaskoczony, że po drugim zawarciu znajomości, mieszkaniu od siebie w niewielkiej odległości i tak intensywnej i często otwartej komunikacji, ta osoba nie chce się spotkać choć na kawę. Gdzieś tam wyobraziła sobie, być może, że wpadnę w zachwyt jej pięknem i będę chciał jej się oświadczyć już po pierwszym spotkaniu tudzież, że przemienię się w natrętnego stalkera usychającego z miłości do niej. Czyżby takie miała doświadczenia? Nie zrobiła tego ze skrupułów, tj. z obawy że może zranić człowieka, ale raczej z obawy przed konsekwencjami dla siebie. Ja w każdym razie już bardziej obudowany w cynizm czy realizm zirytowałem się tym i sam nie oponowałem przed zakończeniem korespondencji. Niemniej zadziwiony czy nawet zaszokowany byłem tym, że po tak długiej i żmudnej wymianie zdań, owa osoba nie miała w sobie chęci na spotkanie. Choć jedno spotkanie, aby poznać człowieka, który kryje się po drugiej stronie ekranu. Może dlatego, że dla niej po drugiej strony człowieka nie było. Była gadająca głowa.

Jakiś dłuższy czas minął i okazało się, że owa zakochana w sobie piękna dziewczyna (i oczytana, zdolna, wysportowana i mająca tak wiele zainteresowań), która przemieliła przez korespondencję i spotkania prawdopodobnie serca wielu mężczyzn sama wpadła w zauroczenie człowiekiem z portalu – zaadoptujfaceta. Przy kolejnym z nią spotkaniu i na przydługawych i nudnych wpisach jej blogu, nie omieszkała o tym nie wspomnieć. Warto dodać, że musiała postrzegać siebie jako wyjątkową i niespotykaną, czemu w bezpośredniej konfrontacji zawsze przeczyła, przemieniając się w model skromności i wyważonego osądu siebie, a co wychodziło bocznymi drzwiami i samym zachowaniem, skłonnym do podążania za tandetnymi modami, bezmyślnymi trendami i wylewaniem potoku bezwartościowych opisów własnej codzienności. Chociaż wprawna w pisaniu nie potrafiła pisać o rzeczach naprawdę ciekawych i istotnych. Posiadała również szereg innych talentów, których jednak nigdy dobrze nie rozwinęła (albo przeceniała), a które miały działać jedynie jako wabik na wartościowego faceta. Prawdziwej pasji światem nie było – była pasja siebie. W każdym razie chociaż doświadczyła uczucia zauroczenia i potem złamanego serca, od człowieka który najwyraźniej bardzo był do niej podobny, a który (o dziwo – mimo jej zakochania) powiedział do niej, że jest schizoidalna, nie pamiętała sama tego, iż mogła być przyczyną podobnego stanu rzeczy w niekończącej się liście naiwniaków odwiedzających masowo profile dziewczyn na portalach randkowych. W tym przypadku zadanie bólu człowiekowi nie było dla niej warte odnotowania, ale złość na sprawcę swojego bólu mogła wykrzyczeć pragnieniem „sprawiedliwego” sądu nad nim. On powinien był zapłacić za jej ból, jej ból nie był zapłatą za zło wyrządzone innym. Narcyz i psychopata tak właśnie myśli, takich osądów dokonuje.

Przyszedł dzień, gdy poznałem ją osobiście, ponieważ sama zaproponowała spotkanie po tym, gdy pomogłem jej w szukaniu pracy redaktorskiej. Sama pracuje w domu – nie wiem jak długo – co zdradza osobowość zdystansowaną/odseparowaną. Wiem jak na mnie to działało, tj. samotna praca – na mnie skłonnego do samotności. Musiałem po niecałym roku szukać nowej, ponieważ poczucie izolacji wpływało wyraźnie ujemnie na moją wydajność i poczucie egzystencji. W jej przypadku efektów ujemnych widać nie było. Pierwszym wrażeniem przy spotkaniu było rozczarowanie, które miało już trwać do samego końca znajomości. Piękna dziewczyna, którą spodziewałem się zobaczyć okazała się co najwyżej ładna – ubrana bez większego gustu, bez makijażu, z monotonnym głosem starszej urzędniczki, której usta się nie zamykają, wysuwając co chwila lekko cofniętą żuchwę w szybkich drganiach mowy. Miała wydatne usta i duże wpatrzone beznamiętnie oczy pod gęstymi brwiami – typowe oczy, jak twierdzą, które mogą posiadać psychopaci: szeroko otwarte, rzadko mrugające, jakby o pustym, ale badawczym spojrzeniu, nie wyrażającym żadnych emocji, czasami też kokietujące i uwodzicielskie. Długie i gęste włosy brunetki spływały na ramiona w szerokich łukach koło czoła i były ładne, ale niezbyt dobre wrażenie sprawiał wzrost idący w parze z długimi kośćmi dłoni i stóp oraz pewna niezgrabność w ruchach. Nie była tak piękna jak sobie wyobrażałem. Nie miała w sobie nawet większego powabu – emanowała od niej susza emocjonalna i choć słowa znów zdawały się otwarte, to jednak całość nie sprawiała tak sympatycznego wrażenia. Po spotkaniu z nią miałem wrażenie, że spędziłem czas pracowicie na ustawicznych rozmowach, ale wraz z tym zdałem sobie sprawę z beznamiętności tego czasu i jego dziwnej monotonni. Nie miałem ani dobrego, ani złego zdania – zastanawiałem się, co będzie dalej.

Być może czytelnik spodziewa się jakiegoś ostrego zakończenia tej historii, ale muszę go ostrzec, że niczego takiego nie będzie. Pozostało jeszcze coś do dodania, może nawet sporo, ale ta historia jednak kończy się jak beton lub próżnia emocji osoby, którą spotkałem. Pozostałem po niej trochę zdziwiony, trochę zniesmaczony, ze wspomnieniem dziwnego przerażenia, którego raz doświadczyłem.

C.d.n.

Wola sensu

Nazwa dla wpisu pochodzi z tytułu książki „Wola sensu” wybitnego lekarza psychiatry i neurologa Viktora Frankla. Pracujący pierwotnie w Wiedniu Frankl sformułował nowe podejście terapeutyczne nazwane przez niego logoterapią (od gr. logos – w znaczeniu ‚sens’), inaczej także nazywana terapią egzystencjalną. Ów kierunek stał się trzecią tzw. szkołą wiedeńską psychiatrii po szkole Sigmunda Freuda i Alfreda Adlera.

Frankl podkreślił w swoim warsztacie psychiatrycznym i terapeutyczny ten aspekt ludzki, który odnosi się do poszukiwania przez każdego człowieka sensu swojego istnienia. Było to alternatywne podejście do freudowskiego, gdzie człowiek poniekąd został zredukowany do machiny popędów i życia z koniecznością ich realizacji i adlerowskiego, które osadzone było w jakimś stopniu na nietzscheańskim modelu woli mocy. Frankl zasugerował, iż oba te podejścia są niekompletne przy kształtowaniu obrazu ludzkiej natury. Stwierdził, że człowiek, nade wszystko, w swoim życiu poszukuje sensu własnego istnienia i zaspokajanie tak popędów jak i dążenie do przezwyciężania oporu nie stanowi w jego egzystencji celu samego w sobie, a jedynie środki do tego celu wiodące. W tej konstatacji uznał on ważność istnienia zjawiska religii i pomocy jaką niesie ona w realizacji poszukiwania sensu. Nie przystawiał przy tym swojej psychiatryczno-filozoficznej koncepcji do żadnej konkretnej teologii. To również stanowiła mocną opozycję do zastanych szkół psychiatrycznych. W wymienionej „Woli sensu” Viktor Frankl sięgał również po własne zainteresowania filozoficzne i nie odgradza ich tak mocno od nauki, pokazując czasy gdy nie dokonał się jeszcze tak silny rozdźwięk między dziedzinami nauk przyrodniczych i szczegółowych, a filozoficznych.

Frankl jako osoba pochodzenia żydowskiego przeżył także obóz koncentracyjny w Auschwitz (owe autobiograficzne wspomnienia przedstawił w innej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu”) co w dużej mierze wpłynęło na sformułowaną przez niego terapię. Przeżycia obozu koncentracyjnego, skrajnego upodlenia ludzkiej natury i ograbienia go z podstawowych potrzeb dostarczyło mu argumentów dla jego teorii. Oglądając i doświadczając prawdziwego piekła na ziemi potrafił odnaleźć promień nadziei i piękna.

Bestia czy jednak człowiek? cz. 2.

Tajemnica okalająca sprawę Pękalskiego wiążę się z kilkoma kwestiami. Po pierwsze śledztwa i wizje lokalne przeprowadzano z wątpliwą starannością. Istnieje taka interpretacja wydarzeń, iż samemu Pękalskiemu w jakiś sposób zasugerowano zbrodnie, których nie popełnił, a do których, w nadziei zyskania profitów dla siebie, przyznał się sztucznie. Policja zaś chcąc podnieść statystyki wykrywalności chętnie podsuwała mu fakty, tak aby wyszło, iż faktycznie brał udział w zbrodniach. Po drugie sam Pękalski sprawia na tyle niepozorne wrażenie, iż zdaje się niewiarygodnym możliwość popełnienia przez niego tylu zbrodni i bycia niewykrytym przez tak długi czas (pierwszego morderstwa miał dokonać jeszcze w liceum). Po trzecie Pękalski zmieniał zeznania w toku śledztwa, raz przyznając się do morderstw innym razem przecząc. Po czwarte nawet ostatnie morderstwo Pękalskiego, za które został złapany i skazany, posiada dowody o charakterze poszlakowym, np. nie znaleziono śladów organicznych, główny świadek w toku śledztwa zmienił zeznanie (z niewiadomych powodów) – i do dziś notabene nie chce się wypowiadać na ten temat. Po piąte wreszcie, aby uczynić sprawę niejasną jeszcze bardziej, według relacji Policji Pękalski podawał takie szczegóły zbrodni, które mógł znać jedynie morderca.

Wolno więc się zastanawiać czy upośledzony, zaniedbany i wynędzniały Leszek Pękalski mógł być autorem tak wielu zbrodni. Jego profil pasuje do profilu przestępcy seksualnego. Według psychiatrów posiada zmiany organiczne w mózgu, które mogą być przyczyną zaburzeń w osobowości. Pochodzi z bardzo patologicznego i ubogiego środowiska i w dzieciństwie zaznał znęcania się psychicznego i fizycznego ze strony rodziny oraz rówieśników. Niewątpliwą cechą Pękalskiego jest jego zawyżony popęd seksualny, który w połączeniu z brakiem wzorców mógł eskalować do uruchomienia morderczych instynktów. Czy tak było faktycznie?

Ostatnim pytaniem w tej sprawie byłoby to czy rzeczywiście uprawnionym jest nazywanie bestią człowieka, który od początku swojego istnienia doświadczał tak głębokiej nędzy? Wydaje się, że złe (choć i typowe) ze strony świata odrzucenie upośledzonego i zaniedbanego dziecka, które przecież nie było winne swojej nędzy, zaowocowało odpowiedzią zła ze strony już ukształtowanego człowieka. Tenże człowiek niewiele miał widać powodu, aby odpowiadać troską i miłością wobec świata, który mało troski i miłości mu okazał – w szczególności ze strony rodzicieli. Czy to go usprawiedliwia? Z jednej strony nie, ponieważ znane są również w życiu Pękalskiego doświadczenia miłości innych osób, głównie obcych. Z drugiej strony tak, ponieważ doświadczana od początku nędza i brak miłości mógł wdrukować się w jego charakter bardziej fundamentalnie. Powstał więc człowiek, który nie znał pojęcia miłości – nie do końca jednak z własnej winy. Nędza więc tego człowieka, jeśli przyjąć winę za wszystkie sugerowane mu zbrodnie, jest tym większa im więcej zbrodni dokonał, choć jest też on niewątpliwie sprawcą smutku i tragedii tych rodzin, których pozbawił życia ich bliskich. Zło w Pękalskim zdaje się więc być jakby odpowiedzią na zło świata, które przenosi się z jednego miejsca w drugie, z jednej duszy w drugą, odpryskując czasem rykoszetem, częściej raniąc jak żywioł zupełnie niewinnych. W Pękalskim to zło skumulowało się i eksplodowało z większą niż zwykle niszczycielską siłą. Wielkość zła mierzymy najczęściej wielkością tragedii i cierpienia, które wznieca. Czy jednak nędzny psychopata jakim może być Pękalski, który nawet nie potrafi dobrze zmierzyć ogromu tragedii do jakich doprowadził, faktycznie jest bestią tak wielkiego zła, jakie widać po rozległości jego domniemanych zbrodni? Czy my popełniający swoje małe grzeszki, raniąc innych w niby niewielkim stopniu, jesteśmy naprawdę lepsi? We mnie gniew eksploduje krzykiem i energicznym machaniem rąk, w innym wyzwiskami lub nawet rękoczynami, w jeszcze innym… zabójstwem. Czy do każdego przypadku przykładamy taką samą miarę?

Jedno nie ulega wątpliwości. Jeśli Pękalski faktycznie popełnił tyle zbrodni to należy go izolować od społeczeństwa. Być może nie jest bardziej zły niż inni – w tym wypadku będzie po prostu nieporównywalnie niebezpieczny. Takiej oceny wystrzegać się chyba nie musimy.

Bestia czy jednak człowiek? cz. 1.

Właśnie skończyłem lekturę Magdy Omilianowicz „Bestia. Studium zła”. Krótka i do szybkiego przerobienia książka nie należy jednak do łatwy w sensie stymulowanych myśli czy emocji. Jest to lekko sfabularyzowany reportaż o jednym z najgłośniejszych morderców w Polsce – Leszku Pękalskim, nazywanym swego czasu w mediach „Wampirem z Bytowa”.

Sprawa Leszka Pękalskiego powraca teraz z silnym impetem głównie ze względu na fakt, iż skazany morderca ma wyjść na wolność pod koniec 2017 roku. Pierwotnie oskarżany o ok 17 morderstw został skazany za jedno i otrzymał wyrok 25 lat więzienia, który kończy się właśnie wtedy. Jeśli prawdą jest, że skazanie go za tylko jedno morderstwo jest jedną z największych pomyłek polskiej kryminalistyki, to wówczas na wolności możemy mieć jednego z najniebezpieczniejszych ludzi. Sprawa skończonych odsiadek dla wyjątkowo groźnych morderców właściwie stała się głośna za sprawą innego zabójcy – Mariusza Trynkiewicza, skazanego pierwotnie na karę śmierci za mord na czterech chłopcach, którą w wyniku amnestii i zmian prawnych zamieniono na 25 lat więzienia. Zgodnie z tym Trynkiewicz miał wyjść na wolność bodaj w 2014 roku. Jednakże nagonka medialna poruszyła organy prawne do sformułowania na kolanie tzw. ustawy o bestiach, która miała objąć wyjątkowo niebezpieczne przypadki dodatkowym pobytem w specjalnych ośrodkach rehabilitacji i terapii. Trynkiewicz posiedział w głośnym ośrodku w Gostyninie, ale raptem pojawiły się nowe dowody i odkryto na dyskach twardych , używanych przez Trynkiewicza w czasie jego pobytu w więzieniu, materiały o treści pedofilskiej. Wszystko to trochę śmierdzi, ale w każdym razie Trynkiewicz z wygodnego Gostynina został przeniesiony z powrotem do więzienia z dodatkowo kilkuletnim wyrokiem. Problem został tymczasowo rozwiązany.

Teraz po paru latach pojawia się kolejna sprawa tym razem dotycząca właśnie Leszka Pękalskiego, którego sądy skazały na początku lat 90 na 25 lat. Gdy wyjdzie będzie mężczyzną jeszcze całkiem sprawnym i zdolnym do ponownych zbrodni.

Leszek Pękalski, jak przyznaje reportaż Omilianowicz i śledczy, jest jednym z najbardziej tajemniczych przypadków w historii polskiej kryminalistyki. Przypomina tutaj pod wieloma względami przypadek mordercy Henry Lee Lucasa z USA, którego oskarżano nawet o 200 morderstw, choć ostatecznie skazano go za kilka. Sam Leszek Pękalski podczas śledztwa przyznawał się do wielu innych morderstw i wskazywane przez niego poszlaki oraz szczegóły zdradzały zadziwiającą znajomość przebiegu zbrodni, które mógł znać tylko morderca (?). Jednakże ostatecznie wiele z tych zeznać wycofywał zmieniając wciąż wersje. Z jego zeznań wynikało, że mógł być autorem nawet 60 i więcej morderstw dokonywanych w całej Polsce. Ostatecznie oskarżono go o 17 morderstw oraz gwałty i porwania. Jednakże sąd widząc niewystarczające dowody i przypuszczalnie niemrawość prowadzonego śledztwa zdecydował się skazać go za jedno morderstwo, przez które został także schwytany. Jaka jest prawda i ile ofiar faktycznie zabił Pękalski przypuszczalnie nigdy nie zostanie odkryte, jednakże wydział Policji odpowiedzialny za rozwiązywanie spraw niewyjaśnionych (tzw. Archiwum X) prowadzi przynajmniej część z tych, za które w przeszłości oskarżano Pękalskiego. Nieszczęściem w tym wypadku jest dość marny materiał dowodowy, który nawet w czasie skazywania Pękalskiego okazywał się niewystarczający. Trudno powiedzieć czy uda się rozwiązać choć jedną z tych spraw i przypisać jej autorstwo Leszkowi Pękalskiemu. Czas pokaże, choć z każdą chwilą jest go coraz mniej.

Pękalskiego skazano za jedno tylko morderstwo, ale jeśli przyjrzeć się jego dzieciństwu (odrysowanemu w reportażu) to zauważymy wprost archetypowy wzorzec wychowania seryjnego mordercy. Urodził się we wsi Osieki niedaleko Bytowa, jako nieślubne dziecko młodej matki, pracownicy PGRu, która już wówczas w okolicy cieszyła się złą opinią. Sam Pękalski wspomina matkę oraz babkę, które zajmowały się jego wychowaniem, jako agresywne, niestroniące od alkoholu. Pękalski od maleńkości nie doświadczał matczynego ciepła i opieki, wciąż był bity i poniżany przez własną rodzicielkę, która miała mu odmawiać najmniejszych przyjemności. Wychowywał się wpierw ze swoją siostrą Joanną, potem matka zaszła w ciążę jeszcze dwukrotnie. Ojciec chociaż dla malca łagodny i dobrotliwy, do którego Leszek miał się garnąć, nie dbał o chłopca specjalnie i nie poświęcał mu zbyt wiele czasu. Nędznej całości dopełniało lekkie upośledzenie i społeczne wycofanie Pękalskiego, który był wiecznym pośmiewiskiem lokalnych rówieśników. W szkole bardzo szybko wyszło na jaw jego upośledzenie intelektualne i brak zdolności do przystosowania. Przeniesiono go do szkoły specjalnej o mocno zaniżonym poziomie. Mimo sporych braków w inteligencji był na swój sposób sprytny i posiadał bardzo dobrą pamięć. Upodobał sobie w szczególności przedmiot geografii i wykazywał spore zdolności zapamiętywania miejsc na mapie. Ten atrybut jego osobowy pojawiał się bardzo często w relacjach tych, którzy znali go osobiście. Pękalski także ,według relacji innych osób, miał przejawiać od dzieciństwa skłonność do znęcania się nad zwierzętami (chociaż on sam nie pamięta takich wydarzeń).

Generalnie nie postrzegano go jako groźnego, ale raczej zdziwaczałego, niezaradnego i skrajnie zaniedbanego. W tym wszystkim wykształcił w sobie specyficzny sposób radzenia sobie w relacjach, zawsze podkreślając własną biedę i chorobę umysłową. Dzięki temu udawało mu się korzystać z pomocy wielu osób. Pragnął też obsesyjnie relacji z innymi kobietami wciąż powtarzając, że szuka sobie żony. Wyrażał tym przypuszczalnie niepohamowany popęd seksualny (oraz ubóstwo relacji), który w końcu eskalował do takiego stopnia, że Pękalski sięgnął po morderstwo. Według jego własnych zeznań nigdy nie miał stosunku seksualnego z żywą kobietą. Ten element jego osobowości znany jest także przez współwięźniów Pękalskiego – na początku wyroku miał nawet molestować współwięźnia.

c.d.n.

Genocidum Atrox

Takim fachowym terminem zostało określone ludobójstwo, którego dokonali Ukraińcy związani z OUN/UPA na Polakach. Termin ten został ukuty, zdaje mi się, w związku z procesami norymberskimi Niemieckich zbrodniarzy nazistowskich. Nie istniało wówczas fachowe określenie prawne na masowe mordy, których dokonywały największe zbrodnicze totalitaryzmy, pochłaniające miliony ofiar.

Jednakże dla zbrodni OUN/UPA sam termin genocidum (ludobójstwo) nie wystarczył. Konieczne było opracowanie innej kategorii – z przyrostkiem „atrox” oznaczającym „straszliwe, okrutne”. Tak bowiem obchodzili się ze swoimi ofiarami Ukraińcy z OUN/UPA  - w aktach systematycznej eksterminacji ludności cywilnej, głównie wiejskiej, na okupowanych terenach II RP. Nie oszczędzano nikogo: kobiet, dzieci i starców i nie oszczędzano im najbardziej bestialskich tortur: zadając ból i śmierć w jak najpowolniejszy sposób, sposób jak najbardziej hańbiący. Istnieją artykuły historyczne, które wymieniają ponad 300 metod tortur jakie stosowali „rezuni” z partyzantki banderowskiej i podległa im „czerń”. Przy mękach swoich ofiar potrafili rozpalać ogniska i biesiadować, gzić się i upijać, śpiewając pieśni w dumie ze swoich „bohaterskich” czynów. Niezwykłości tych czynów przeczyć niepodobna – niezwykłości barbarzyństwa i skrajnego zezwierzęcenia oprawców. A wśród nich byli ci, którzy swoje ofiary znali od maleńkości, którym trzymali dzieci do chrztu i którzy ich dzieci do chrztu trzymali. Tak obłędna była ta ideologia co zmotywowała do przekreślenie wszelkiego w sobie człowieczeństwa i co uruchomiła machinę niewyobrażalnej zbrodni.

Próżno jednak szukać w tym jakiegoś rozsądnego uzasadnienia dla takiej bezwzględności i trudno ją połączyć z właściwą odwagą i heroizmem. Bo odwagę i rezuni posiadali, ale przedziwną odwagę do odsłonięcia swoich najpodlejszych żądz i konieczności życia z konsekwencjami ich wyzwolenia. Ciężko jednak tam o odwagę do umierania samodzielnego i w cierpieniach. Bo obłędna ideologia traktowała nawet własny lud jak komórki tkanki narodu tylko, które z konieczności muszą umierać i zabijać. Ja się pytam – jaki raj na ziemi się tym zbuduje? Jak szczęśliwym mogę być żyjąc na ziemi, która użyźniła się zbrodnią? Nawet gdy słońce mi świeci. Żydzi nie bez kozery za najgorszy grzech uznają ten przeciw 2-emu przykazaniu, które można czytać również tak: nie nieś imienia Pana Boga twego na sztandarach podłej sprawy. Niech Bóg ma litość dla oprawców za to co zrobili i za to, że Jego imienia używali przy tym.

Piszę o tym z jednodniowym opóźnieniem, ponieważ to wczoraj miała miejsce rocznica Krwawej Niedzieli, podczas której OUNowska partyzantka wymordowała i zrównała z ziemią setki Polskich wsi na Wołyniu. Jeśli pamiętamy o Katyniu i Shoah, nie możemy nie pamiętać o Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Jeszcze ważniejsze, abyśmy o tym pamiętali i za żadne skarby nie pozwolili określać tej zbrodni eufemistycznie. Jeśli to nie jest ludobójstwem, to żadna inna zbrodnia nim nie jest.

G.W. Leibniz o Polsce

Będzie to wpis, w którym postaram się wymienić kilka myśli G.W. Leibniza na temat Polski. Będę tutaj się opierał na poniższym wykładzie dr. hab. Pawła Okołowskiego:

Tekst o Polsce był napisany przez Leibniza pod pseudonimem i jest adresowany do ówczesnej szlachty polskiej, w okresie bezkrólewia. Ostatecznie praca nie odniosła zamierzonego efektu propagandowego – została wydana zbyt późno, m.in. dla tego że król został ówcześnie wybrany. Zawiera jednak kilka ciekawych spostrzeżeń niemieckiego myśliciela, który bynajmniej nie deprecjonuje Polski, ale dzieli się spostrzeżeniami i radami obserwatora zewnętrznego. Ciekawe, że Leibniz miał napisać ową pracę mając zaledwie 23 lata.

Postaram się pominąć tutaj kwestie samej filozofii Leibniza i wyodrębnić raczej konkrety z wywodu prezentowanego wykładu. Podam tylko jedną: w wykładzie autor wspomina o tym, iż w przeciwieństwie do pozytywnych cech narodu (które są rozszerzane poprzez chociażby nagradzanie wyników w konkretnych dziedzinach) negatywne rozpleniają się samoistnie, tj. jeśli negatywne tendencje w narodzie nie są w żaden sposób hamowane stają się antywzorcami. Dodam jeszcze, że Leibniz chociaż był głęboko wierzącym luteraninem nie postrzegał Kościoła Katolickiego wrogo, stąd też nie negował Jego dobrej roli w charakterze Polski.

Przechodząc do meritum (mówiąc poważnie) podyktujmy spostrzeżenia i rady Leibniza (a także pewne wnioski płynące z samego wykładu) dotyczące Polski:

  • cele świata chrześcijańskiego i polskiej szlachty są zbieżne, stąd też skoro Polska sąsiaduje z wrogami chrześcijaństwa, szlachta polska powinna zadbać o wojsko i obronność;
  • cywilizacja zachodu jest najlepszą cywilizacją, zaś Polska stanowi część cywilizacji zachodu;
  • zadaniem dziejowym Polaków jest stanowić bastion chrześcijaństwa;
  • nie ma prawdziwej przyjaźni pomiędzy narodami – są tylko interesy;
  • rząd w Polsce powinien być: katolicki, ale nie neoficki, sprawiedliwy, roztropny, doświadczony, wykształcony, nieubogi, cierpliwy i skromny, spokojny, niewojowniczy, nie stosujący przemocy wobec innowierców, przyjacielski wobec chrześcijan i wobec Polaków, niewrogi żadnemu państwu, niepotężny i niezwiązany z potężnymi, nikomu nie poddany;
  • Polska osłabiona powraca do sił dzięki samemu tylko pokojowi;
  • najcenniejszą rzeczą dla Polaków jest ich wolność i to ona niesie im największe zagrożenie;
  • celem Rzeczpospolitej powinna być jak największa wolność szlachty ale i jak największa równość szlachty – jednak owa równa wolność nie ma przysługiwać jednostkom, ale szlacheckim rodzinom i rodom. W tym ma tkwić tragizm Polski: Polacy są skorzy do anarchii, ale i familiocentryczni;
  • z powyższego względu Leibniz wyciąga wniosek, że najlepszym wyborem dla Polaków byłby król innej narodowości; familia bowiem wierna jest swoim członkom, stąd pochodzący z określonego rodu król miałby przeciw sobie inne rody; Polacy bowiem chcą jak największego szacunku dla siebie i jak najmniejszego dla innych;
  • rodzina w Polsce bywa przebóstwiana, co jest grzechem przeciw pierwszemu przykazaniu, a co znajduje wyraz w snobizmie rodzin; z tego bierze się owe warcholstwo i partyjniactwo, a także brak uznania dla Polaków wielkich (jak mówi Leibniz „Polska obelżywość”);
  • Polacy to naród waleczny o wielkich cnotach męstwa i sztuki żołnierskiej, które zostały wyrobione przez wieki obrony przed różnej maści najazdami z każdej geograficznie strony;
  • wewnętrzne niezgody są dla Polaków bardziej niebezpieczne niż dla innych narodów (odnosi się tutaj do prawa liberum veto);
  • nowości są przede wszystkim dla Polaków niebezpieczne - chodzi tutaj o płytkie uleganie modom; Leibniz mówi, że nowościom ulegają ludzie żyjący nadzieją, nie zaś ustabilizowani;
  • Polska powinna wybrać króla, który nie będzie zwalczał siłą dysydentów: Polska bowiem dzieli się na katolików, schizmatyków i heretyków; dysydenci mogą stanowić niebezpieczną grupę wsparcia dla sił z zewnątrz;
  • Polacy powinni w szczególności unikać wojny domowej na tle religijnym.

Na końcu wykładu dr Okołowski wspomina również pewną koncepcję rozumienia narodu polskiego jako iloczynu trzech wspomnianych grup: katolików, schizmatyków i heretyków, w którym to iloczynie naród osiąga największy rozkwit w momencie poszerzenia się części wspólnej tych trzech grup. Innymi słowy im większy konflikt między owymi grupami, tym owo dobro wspólne mniejsze i tym samym naród słabszy. Istnieje więc gorąca potrzeba odnalezienia jak największego porozumienia między tymi grupami. Zadanie to powinno należeć do części wiodącej, tj. katolików. Warto zauważyć, że podobnymi koncepcjami legitymizuje się endencja (R. Dmowski) i jej współczesny odłam (Ziemkiewicz, Kukiz). Wykładowca przytacza również ciekawe stwierdzenia kard. Józefa Glempa z 1988 roku, w którym wspomina on o poszanowaniu światopoglądu i o tym, że każdy Polak (z wyłączeniem cynika) będzie zawierał w sobie pierwiastek katolicki. Kardynał mówi to nawet o ówczesnych partyjnych rządzących.

Koń trojański w mieście Boga

Książka autorstwa wybitnego katolickiego filozofia Dietricha von Hildebranda jest teraz moją główną lekturą.

Warto napomnieć słów parę o samym autorze. Jeszcze niedawno byłem skory wieszać psy na Niemcach za to, że wydawali jedynie specjalistów od filozoficznego mącenia wody. W tym wypadku miałem jednak okazję przekonać się o istnieniu Niemca, który hołdował i bronił wartości najwyższych i robił to z ortodoksją równą Chestertonowi, a zarazem z typowo niemieckim oddaniem dla porządku i brakiem poczucia humoru. Bynajmniej z tego powodu lektura nie jest zła – jest wręcz prostsza do zrozumienia, przetrawienia i przyswojenia. Śmiem twierdzić, że dużo bardziej niż przecież wspaniałe dzieła C.S.Lewisa czy G.K.Chestertona.

Dietrich von Hildebrand nie był również byle jakim Niemcem – wyedukowały go najlepsze ówczesne światowe uniwersytety niemieckie tak, że nawet sam Edmund Husserl wyraził uznanie dla jego dorobku filozoficznego. Mogłem więc być pewny, że mam do czynienia z pierwszą ligą światowej filozofii. I owszem Hildebrand napisał również m.in. dzieło „Czym jest filozofia?”, w którym zdradził więcej ze swojego epistemologicznego warsztatu. Ów wybitny filozof, w skrócie, był wielkim orędownikiem obrony stanowiska o istnieniu obiektywnej prawdy i ludzkiej zdolności do jej poznania. Był na tyle konsekwentny w swoich poglądach, iż nie bał się krytykować relatywizmu rozpoznanego przezeń w pracach „późniejszego” Husserla czy Martina Heideggera.

Wspomniana w tytule książka jest jedną z apologii, które von Hildebrand napisał po zaobserwowaniu niepokojących zmian, które następowały w Kościele zaraz po Soborze Watykańskim II. Uderza tam głównie w „postępowe” prądy myślowe, które wykrystalizowały się w Kościele, zaniepokojony zmianami w liturgii (chociażby w zaprezentowaniu nowego rytu Mszy Świętej i odejściu od Mszy Trydenckiej) oraz powolnym, acz widocznym odchodzeniu od tradycji. Precyzyjnie i systematycznie wyodrębnia poglądy filozoficzne tzw. postępowych katolików i poddaje je krytycznej analizie wskazują na ich błędne założenia. Wymienia wśród inspiracji „postępowych katolików” darwinizm, heglizm oraz heideggeryzm, przestrzegając przed ich fundamentalnie zgubnym wpływem dla jednolitości i stałości nauczania Świętego Kościoła. Jednym z najmocniej przezeń krytykowanych teologów i filozofów katolickich, w owej publikacji, jest Teilhard de Chardin, który zaproponował swoistą unifikację darwinizmu i katolicyzmu. Von Hildebrand nie boi nazywać się go nawet fałszywym prorokiem.

W swoich krótkich i napisanych bardzo przystępnym językiem rozdziałach Hildebrand przedstawia swój pogląd nie tylko na zgubne prądy myślowe w Kościele, ale przypomina również o rzeczach cennych, wartych pielęgnowania i zaczerpniętych z tradycji. Nie pomija w swoich wywodach także wartości dobrych i właściwych czasom współczesnym. Daleki jest jednak od bezmyślnego zachwytu nowoczesnością i jak prawdziwy konserwatysta przypatruje się nadchodzącym zmianom z pewną dozą zdrowego sceptycyzmu przypominając, że dobre należy pielęgnować, kontynuować i rozwijać. Nie przyśpiewuje tym, którzy często w amoku entuzjazmu przyjmują zmiany nie bacząc czy te nie niszczą fundamentów prawdy. W tym względzie przypomina nam słowa Chestertona podkreślającego zrównoważoną pozycję Kościoła, który choć oporny na zmiany, trwa przy swoich prawdach, gdy mody przemijają.

Lektura owa, ze względu na temat, jest kierowana głównie do wierzących i wiernych Kościołowi, zawiera jednak wiele cennych myśli zdroworozsądkowego filozofa, któremu sercu tak bliskie było dobro Kościoła jak i przewodnictwo Prawdy. Warto poczytać.

„Wywiad z wampirem” (ale głównie o muzyce z filmu)

Od szczenięcia miałem ciągoty do muzyki filmowej. Chociaż dzisiaj fascynacja moja trochę wygasła, głównie ze względu na moją rosnącą dezaprobatę dla mainstreamu filmowego, to jednak te kilka lat temu wypaliłem sobie w mózgu szereg ścieżek dźwiękowych od znanych obrazów filmowych. Jednym z moich faworytów jest OST z filmu „Conan: Barbarzyńca”, który wbrew temu co można myśleć o filmie (a film jest zaskakująco ambitny i przemyślany), jest niebywale piękny i poruszający. Jego kompozytorem jest nieżyjący już Basil Poledouris, gustujący głównie w ciężkim orkiestralnym brzmieniu – opartym na sekcji dętej i instrumentach perkusyjnych. Niemniej w Conanie nie brakowało kompozycji subtelnych i poruszających i dziś przez wielu OST Conana jest uznawany za klasykę i szczyt możliwości muzyki filmowej.

Dzisiaj wspomnę jednak o dokonaniu innego kompozytora – Eliota Goldenthala, raczej mniej znanego i pracującego zdecydowanie rzadziej od guru Hollywood (John Williams, James Newton Howard, Hans Zimmer, Danny Elfman itp.). OSTek do „Wywiadu” miał swoje 5 minut w wyścigach po Oscara w 1995, którego ostatecznie nie dostał przegrywając z Hansem Zimmerem (Król Lew). Słuchając dźwięków tego dzieła, już podczas filmu, nietrudno domyśleć się skąd tak wysoka nobilitacja. Film rozpoczyna się od śpiewanego przez chłopięcy chór genialnego „Libera Me”, który najpełniej i najdoskonalej wprowadzać mógł w tematykę filmu: czarując zamglonym suspensem, zawiedzioną miłością i zaklętą niewinnością. Ten utwór jest prosty, ledwie dostrzegalny, ale raz słyszany nie wypada z głowy i zachwyca rzadką zdolnością kompozytora do dostosowania stylu do obrazu. Właściwie cała muzyka jest przepełniona ową umiejętnością Goldenthala do malowania nutami sfumato i barw filmu. Część efektu została oczywiście uzyskana poprzez właściwy dobór instrumentów z odpowiedniej epoki, jednakże i to nie wystarczy, gdy trzeba kompozytorowi prócz epoki odwzorować klimat jakże charakterystycznego Nowego Orleanu. Pewnie nie jestem do końca w pozycji, aby to ocenić, ale w mojej ocenie udało mu się to doskonale. Gdy już przejdzie ten renesans na muzykę klasyczną, odrodzoną w filmie, pewnie łatwiej będzie oceniać, ja jednak będę stał przy tym, że owo dokonanie Goldenthala nie pozbędzie się uznania.

Kompozytor dowodzi już, że jest dobry w odtwarzaniu nastroju i uzupełnianiu go muzyką. Jest nie gorszy w tym od Danny Elfmana, znanego współpracownika Tima Burtona – geniusza przecież plastycznej wyobraźni. Jednakże w przeciwieństwie do wyżej wymienionego zdaje się być odważniejszy. Utwory dla szybkiej akcji, takie jak „Escape to Paris”, pokazują jak Goldenthal odważnie macha nutami na partyturze – sekcje dęte otrzymują tak wysokie tony i tak szybkie tempo do jakiego nie są chyba przystosowane. Jednocześnie łączą się we wpadającą w ucho, momentami komicznie przesadną melodię, która ma w sobie sporo z bezwzględnego i libertyńskiego Lestata (jednego z bohaterów filmu – wampira granego przez Toma Cruisa). Zdaje się nawet, że to w tym momencie muzyka odkrywa to, czego scenariusz filmowy z książki, czy właściwie z serii książek, zdradzić nie był w stanie. Lestat i Louis (główny protagonista) wyśpiewują własne myśli, emocje, talenty i tęsknoty w muzyce Goldenthala. Ten film jest kultowy nie bez kozery – muzyka przyczyniła się niewątpliwie do jego sukcesu.

Wydawać by się mogło, że nie ma co się rozwodzić nad muzyką do filmu o wampirach. Jednak zanim na rynek wyszła seria „Twilight” temat wampirów był honorowany raz: dobrym piórem, dwa: zaangażowaniem najlepszych twórców. Wystarczy przypomnieć sobie wybitnego „Draculę” Francisa Forda Coppoli. Książki Ann Rice również podeszły do wampiryzmu od strony bardziej głębokiej i wyrafinowanej niż możemy spotkać w dzisiejszej popkulturowej kupie. Po filmie zatytułowanym jak tandetny horror, z zaskoczeniem spostrzegamy dramat roztrząsający zasady moralne i bóle egzystencjalne, okraszony najlepszą możliwą estetyką. Film ten jest jednym z najlepszych przykładów ekranizacji. Nawet nietolerowana z początku obsada Toma Cruisa jako Lestata okazała się ostatecznie wyborem rewelacyjnym – gdy czytałem dawniej książki Ann Rice, nie potrafiłem już inaczej widzieć Lestata jak w jego twarzy Cruisa.

Z muzyką jest tutaj podobnie – chociaż parodiuje ona nieraz i niejako kpi sobie z konwencji typowego gotyckiego horroru, to nie może ukryć przed nami swojego faktycznego wyrafinowania i piękna, przepełnionego jak fabuła filmu smutkiem, tragizmem i tajemniczością. Warto posłuchać i warto też obejrzeć.